niedziela, 20 stycznia 2008

Gazetowe ścinki



W czwartek zameldowałem się na promocji „Albumu polskiego podziemia niepodległościowego”, którą zorganizowano w warszawskich Hybrydach. A na niej wielu znajomych i okazja do towarzyskich pogawędek oraz zakupu książki, która jest rozchwytywana. To druga po „Żołnierzach wyklętych” tego typu publikacja (czego niestety nie odnotowuje się w „Albumie” ), tym razem już z naukowym glejtem. Chwała IPN za to opasłe i ciężkie jak partyzancka pepesza tomiszcze. Jego waga gatunkowa jak i rzeczywista, są nie do przecenienia i samo rąbniecie w łeb tylko tymi kilogramami papieru zwaliło by na ziemie niejednego milicjanta. Ale zawartość też niczego sobie – encyklopedyczny przegląd po okręgach, województwach, miastach, wsiach w których powstawały konspiracyjne grupki oporu zbrojnego i cywilnego – tysiące informacji o akcjach, nazwiska żołnierzy i dowódców, mapy, unikalne zdjęcia. Chwała bohaterom!

No i oczywiście garść refleksji po sobotnio-niedzielnej lekturze – a sobota to jedyny dzień, kiedy gazety rzeczywiście zjadają mnie na śniadanie i wcale się przed tym nie bronię.
„Plus Minus” z „Rzeczpospolitej” oczywiście jak zwykle bardzo ciekawy, tym razem przykuwa uwagę ważnym artykułem Bogdana Musiała pt. „Kto się wzbogacił na majątku Żydów?”, czyli losy własności ofiar niemieckiego terroru w oczach historyka IPN. Nie trzeba w tym miejscu streszczać i przypominać spraw oczywistych, a związanych z polityką okupacyjną władz Rzeszy na terenach zajętych w czasie ostatniej wojny – wywłaszczeniach, zniszczeniach, grabieży. Niewiele się zmieniło również po wejściu w życie dekretów PKWN oraz objęciu władzy przez komunistów. Co ciekawe, Polska Ludowa skłonna była oddawać np. grunty i nieruchomości spadkobiercom żydowskich ofiar, jeśli tylko udowodnili w jakiś sposób swoje do nich prawa. Tu pojawiało się pole do nadużyć – zwykłych oszustw i wyłudzeń. Jak pisze Musiał, osobą która brała udział w tym procederze, wówczas bardzo rozpowszechnionym, jest m.in. Eliasz Gradowski, z Jedwabnego, jeden z głównych świadków Grossa, którzy w książce „Sąsiedzi” relacjonowali wypadki z 1941 r. Grądowski - jak czytamy – „wyłudził wraz ze swymi wspólnikami (Żydami i Polakami) w ten sposób kilka domów i działek w Jedwabnem”. Jak więc widać, Grossowi tematy ciekawe same pchają się na biurko, ale niestety nie pasują one pod tezy, które tak bezczelnie próbuje udowadniać.

Miejmy nadzieję, że IPN będzie w dalszym ciągu prowadził bardzo udaną i emocjonującą partyjkę szachów z Grossem i jego mocodawcami (świetnym ruchem jest przecież równoległe wydanie publikacji prof. Marka Chodakiewicza „Po zagładzie” i sprowadzenie „Strachu” i jego autora do rozmiarów im właściwych – prowokacji i manipulacji) i zajmie się znacznie szerzej tym tematem, choćby ze względu na oskarżenie kilku milionów Polaków o przywłaszczenie sobie pożydowskiego majątku po zakończeniu wojny, a to już spory kaliber sprawy z daleka zalatującej procederem, o którym powyżej już wspomniałem, tylko na skalę znacznie, znacznie większą. Niemal każdy komentator przyznaje, że „Strach” nie ma właściwie żadnych walorów poznawczych, nie przynosi nowych faktów i ustaleń, a ma jedynie charakter prowokacji, - jak zauważył Filip Memches - kontrkulturowej manifestacji i z racji nagłośniania, zbiorowego oskarżenia. Skoro więc zbiorowe oskarżenie, to musi być też zbiorowa wina, odpowiedzialność i również zbiorowe zadośćuczynienie (nie mówiąc o zbiorowej reedukacji, którą już próbowano zaaplikować po wydaniu „Sąsiadów”). Stawką jest przecież restytucja pożydowskiego mienia i ogromna kasa, jaką niektóre środowiska żydowskie chcą wyłudzić od państwa polskiego. Chodzi tutaj tylko i wyłącznie o ogromne pieniądze, a nie o prawdę i sprawiedliwość. W Ameryce podobno recesja, gospodarka zwalniała, giełda topnieje o oczach, a Przedsiębiorstwo Holokaust wciąż na fali – jak oni to robią?

Nie można być jednak monotematycznym, a więc również weekendowy „Dziennik” podrzuca garść ciekawostek, Michalski pastwi się nad Jarosławem Kaczyńskim - wkłada go do politycznej trumny, ogłasza pogrzeb i pisze nekrolog – moim zdaniem za wcześnie. Piotr Zaremba przedawkował naszą-klasę.pl więc i popełnił o niej niewielki artykulik wspominając przy okazji profesorkę swojego liceum, która dawała wszystkim w dupę, co jednak większości uczniów wyszło na dobre, a Jerzy Jachowicz spotyka esbeka ...blogera. Widać bez internetu ani rusz - niedługo nas wszystkich podłączą do Matrixa.

Co do „Europy”, to od lat jestem wiernym fanem tego magazynu, choć często trudno przebrnąć przez publicystykę niektórych autorów i wieczorne czytanie skutecznie mnie usypia. Skoro jednak numer bez Ziżka, więc wciągnąłem całą zawartość, bez większych obaw, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. A co w niej? Długa rozmowa z Robertem Kaganem pokazuje, że Ameryka pali się do wojowania z całym światem, kolejnym prezydentem wcale nie będzie żaden miłujący pokój antyBush, a ideologiczny konflikt: autokracje – demokracje wyznacza oś podziałów według których będzie ona desygnować swych wrogów i sojuszników. Kagan jest pewny, przekonany do tego co głosi (choćby było to na granicy propagandy). Kto wie, Europa po przyjęciu Traktatu może podpaść pod neokonserwatywną definicję autokracji, w każdym razie deficyt demokracji będzie bardzo widoczny, a to grozi niestety interwencją marines i Myszki Miki. Tymczasem Irena Krzemińska jak zwykle smutna truchleje przed katolicka większością, wieszczy upadek demokratycznego ładu w Polsce i roni krokodyle łzy nad zepchnięciem salonów na margines polityki i opinii. Analiza tego Pana pokazuje jednak, że Polska jest wciąż normalnym krajem, z czego tylko wypada się cieszyć. Niestety Artykuł Petera Sloterdijka rozczarowuje – projekcja sojuszu religii monoteistycznych w globalnym, nowoczesnym świecie, ich pokojowa koegzystencja uwarunkowana niwelacją ekstremizmów i skrojeniem tychże religii do rozmiarów właściwych dla Nowego Wspaniałego Świata to bzdura, która wydaje się przemijać. Jak dobrze, że nasz Umiłowany Panzerkardinale jest odporny na tego typu bredzenie, a czas konstruktorów wiecznego pokoju mija na naszych oczach - miejmy nadzieję bezpowrotnie.

czwartek, 10 stycznia 2008

Uwaga Jan Gross! Strach się bać





Właśnie trafia do księgarń najnowsza książka Jana Tomasza Grossa „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”. To kolejna publikacja warszawskiego socjologa, który odkrył w sobie talent do pisania historii na nowo i rewidowania jej pod z góry założoną tezę. Promocję ma niczym pani Rowling i jej mały, książkowy czarodziej. Publikacja jeszcze się nie ukazała, a już jest czytana przez prokuratora, szeroko komentowana i reklamowana jako hit.



Tymczasem w tym samym momencie do kraju zawitał prof. Marek Jan Chodakiewicz z Instytute od The World Politics w Waszyngotonie jeden z najważniejszych specjalistów od stosunków polsko-żydowskich. Właśnie dzisiaj spotkał się z gronem przyjaciół na kwaterze Korporacji Akademickiej Respublica. W końcu jest honorowym filistrem tego zacnego zgromadzenia, ale tym razem nie wpadł na kufel piwa, ale właśnie po to, by promować wydaną staraniem IPN jego nową książkę pt. „Po zagładzie, Stosunki polsko-żydowskie1944-47" i skomentować na żywo nową publikację Jana Grossa. Wszyscy dobrze pamiętamy ile szkód wyrządziła Polsce i samej nauce jego pierwsza książką o Jedwabnem i jak brutalnie została zweryfikowana przez historyków. Miejmy nadzieję, że nowe wydawnictwo Chodakiewicza będzie skutecznym orężem do weryfikowania i obalania oskarżycielskich tez zawartych w „Strachu”.


Opinia prof. Chodakiewicza na temat działalności Jana Grossa jest druzgocąca. Jako historyk badacz, grzebiący w dokumentach, źródłach, podkreśla on, że „Strach” jest rodzajem postmodernistycznego zbioru modnych tez, pod które Gross skompilował prawdziwe, półprawdziwe i fałszywe „fakty” i opinie na temat przemocy Polaków wobec Żydów. Jest rodzajem dekonstrukcji i jednocześnie konstrukcji historii i wizji relacji polsko-żydowskich na nowo, pod tezę oskarżającą ogół Polaków o zbrodniczy antysemityzm skutkujący śmiercią setek (liczba niezweryfikowana i nigdy nie potwierdzona) niewinnych osób pochodzenia żydowskiego. Śmierci która miała ich czekać zaraz po wojnie, a wiec po „Zagładzie”, co w teologii „religii holokaustu” jest zbrodnią znacznie potężniejszą niż po prostu zamordowanie człowieka. Tezę nie odnoszącą się do kontekstu społecznego, historycznego, zawieszoną w próżni i mającą charakter oskarżenia. W jego opinii książka „Stach” to wydarzenie kulturowe, a nie naukowe. Podobną metodą, zupełnie na nowo i w dość dowolny sposób konstruowana jest historia świata na wielu amerykańskich uniwersytetach opanowanych przez lewicowych socjologów i politologów.

Tymczasem Chodakiewicz podkreśla, że jest jednym z tych historyków-badaczy, z których ustaleń Gross nie korzysta z założenia i odrzuca z definicji, a w jego publikacji nie ma śladu weryfikacji źródeł i danych. Nie ma żadnego wysiłku do dokonywania własnych ustaleń. Jakim wysiłkiem okupuje się dochodzenie do prawdy wytłumaczył na przykładzie pogromu Żydów, który miał mieć miejsce w Opolu, zaraz po zakończeniu wojny. Otóż w jednej z książek Chodakiewicz znalazł informację o takich wypadkach, choć nigdzie wcześniej o tym nie pisano. Autor w przypisie odwoływał się do źródła z innej książki, w niej do innej, a w trzeciej do kolejnej. Dopiero w czwartej z kolei publikacji wyszło na jaw, że owszem po wojnie w Opolu zamordowano, ale oficera armii sowieckiej pochodzenia żydowskiego, który dał się we znaki miejscowej ludności.


Jak będzie wyglądała „promocja” nowego wydawnictwa Jana Grossa pokażą następne tygodnie. Miejmy nadzieję, że nie skończy się ona jak awantura wokół Jedwabnego. W końcu polski premier i wnuk żołnierza Wehrmachtu w jarmułce wyglądałby bardzo komicznie. Na szczęście Szewach Weiss uspokaja i krzepi, gdyż w jego ocenie książka Chodakiewicza jest bardzo ważna, bo pokazuje wszystkie odcienie stosunków polsko-żydowskich - zarówno antysemityzm, jak i Polaków pomagających Żydom. Weiss ma jednak wątpliwości czy książka Chodakiewicza będzie miała taki sam wpływ na opinię publiczną jak „Strach”. To - jego zdaniem - zależy od dziennikarzy i od tego jak zrelacjonują tę książkę.

środa, 9 stycznia 2008

Lube na początek


Od wielu lat noszę się z zamiarem pisania własnego notatnika. Nigdy jednak się na to nie zdecydowałem, głównie z braku czasu, natłoku obowiązków – przygnieciony prozą życia nie dawałem rady. Nie miałem i nie mam odwagi roztrząsać spraw ważnych raczej tylko dla mnie i udostępniać ich gronu przypadkowych osób. Taki notes byłby po prostu zbyt osobisty, a publiczne dzielenie się z sieciową widownią prywatnymi problemami, to jak dla mnie zbyt duża ekstrawagancja. To całkowicie nie wchodzi w rachubę.

Jednak są wydarzenia i sprawy które warto zanotować choćby dla nich samych. Wrażenia po przeczytanych książkach, artykułach, odbytych lub wysłuchanych rozmowach, wydarzeniach których jesteśmy świadkami, koncertach, spektaklach na których byliśmy, przesłuchanych płytach, o tak! - to jest samo w sobie warte odnotowania. Tym chętniej na początek wspominam teraz koncert Rosjan z Lube, którzy 9 grudnia ubiegłego roku zawitali do Polski i dali świetny koncert w warszawskiej Kongresowej. Miejsce idiotyczne do organizacji tego typu imprez, ale póki co Stolica, nie dysponuje jakimś innym i dobrym miejsce na koncerty, może poza klubami Stodoła lub Proxima. Jak tu jednak słuchać rosyjskich nostalgicznych pieśni o życiu, miłości, wojnie i nienawiści, narodowej dumie niż w Pałacu Stalina?

Na koncert zespołu, niezwykle swego czasu popularnego w Rosji i będącego fenomenem na skalę europejską (choć znając realia Bałkanów z serbskim turbofolkiem, czy chorwackim Thompsonem zjawisko to nie jest wcale takie odosobnione) ściągnęły tłumy, w większości Rosjan mieszkających w Polsce – a wśród nich nieliczni, wciągnięci w temat Polacy. Dzięki temu byliśmy świadkami kilku zabawnych scen - takich jak kwiaty wręczane podczas występu wokaliście i prośby o autografy składane w pauzach miedzy piosenkami – co kraj to obyczaj, a i na przerwę na cigarietki, ogłoszoną oficjalnie i dokładnie w połowie występu narzekać nie ma sensu. W każdym razie, choć ceny biletów były dość wysokie, na miejscu zameldował się komplet publiczności i wejściówki rozeszły się na pniu.

Kapela na koncertach brzmi i gra, w tym również jeśli chodzi o doskonały śpiew Mikołaja Rastorgujewa, bardzo dobrze. Wśród wielu pieśni, które lubercy zagrali tego wieczora niestety zabrakło „Sołdata” i „Kombata”. Tego się nie spodziewałem. W zamian za nie publika wyprosiła „Dawaj za” i militarystycznie usposobiona części widowni (w tym siedzący obok nas idiota w mundurze Specnazu) mogła głośno podśpiewywać sobie – „dawaj za was, dawaj za nas i za diesiant i za specnaz”. Trudno – piewcy sowieckiego i rosyjskiego imperializmu („Rasieja maja Rasieja, od Wołgi do Jenisieja” brzmi jednak bardzo umiarkowanie) uznali jednak, że śpiewanie wojennych piosenek to – w tych trudnych czasach polsko – rosyjskiej zimnej wojny afront. W końcu chłopaki zawitali do Warszawy jako goście. Choć kto to wie, w polityce wszystko jest możliwe. Jak tak dalej pójdzie, to następnym razem może pojawią się jako kapela umilająca czas swoim sołdatom intereweniującym w priwislańskim kraju w obronie interesów rosyjskich koncertów paliwowych, albo... trochę dalej na wschód przybędą na zaproszenie rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy, próbujących włączyć Donbas i Krym do „macierzy”.
Tymczasem tego zimowego wieczoru mogliśmy zupełnie odprężeni i spokojni posłuchać wielu innych szlagierów, takich jak choćby „Gławnoje..”, „Riebiata z naszego dwora”, „Tam za tumanami”, finałowego „Atas” i uronić łezkę przy wspaniałych i pięknych „Bieriozach”. Piosenki z ostatniej płyty „Rasieja” okazały się być po prostu piękne i wspaniałe – „Batka Mahno”, „Mnogaja leta ruskoj zemle” lub przywołane wcześniej „Ot Wołgi do Jenisieja”. Cóż, rosyjski fenomen Lube trafił w rosyjskie dusze i serca i pokrzepił je po upadku imperium jak dobra, mocna czysta wódka i taka jest jego wartość. Cała ich twórczość to surfing po stylach wymyślonych przez zachodnią popkulturę i filtrowanie ich na potrzeby i wrażliwość Rosjan. Mówi się nawet, że, to jeden z produktów wszechwładnej rosyjskiej bezpieki, która skoro potrafiła w swoich „laboratoriach” hodować sekty, to dlaczego nie mogła zainwestować w kulturę, jako metapolityczny przekaźnik i katalizator narodowych uczuć, czy potrzeb sponiewieranych upadkiem Związku Sowieckiego. Kariera zespołu może o tym dobrze świadczyć, bo Lube to ulubieńcy Kremla, obecni na oficjalnych państwowych świętach i uroczystościach. Tymczasem ich muzyka krzepi do dziś, również i przede wszystkim tłumy, choć chyba formuła powoli się wyczerpuje. Stare i piękne rosyjskie melodie niesione rockowymi tempami, popowymi aranżacjami, zresztą niezwykle zgrabnymi i umiejętnym wplataniem rosyjskiego folkloru i narodowej tematyki w popową lub rockową stylistykę ma swoje granice. No chyba, że znów wybuchnie jakaś wojna i granic Federacji Rosyjskiej, oraz ciemnych interesów generałów i FSB, pójdą bronić tysiące młodych obrońców, a w zaciszu koszar i kwater słuchać zgrabnych piosenek o trudnych żołnierskim losie, dziewczynach, wierności i zdradzie, tęsknocie za domem.

Trudno znów nie pomyśleć w tym momencie o naszym krajowym padole pełnym od lat muzycznej tandety, bezguścia, wtórności, klisz i „przebojów” komponowanych na granicy zachodnich plagiatów - bez własnej tożsamości, tak sztucznych jak kolorowa, pachnąca butelka po szamponie, lub płynie do naczyń. Czy dopiero momenty egzystencjalnych rozstrzygnięć (dla wspólnoty) i stawianie ludzi w sytuacji ostatecznej jaką jest wojna, czy kryzys, wyzwala również sztukę, inną niż komercyjna szmira czasu pokoju i wzrostu gospodarczego?